dlug.org.pl,www.dlug.org.pl,Dług,Dlug,Dlug Film,Dług Film,Slawomir Sikora,Sławomir Sikora,Sławek Sikora,Slawek Sikora,Sikora,Krzysztof Krauze,Jerzy Morawski,Krauze,Morawski,akt łaski,akt laski,prawo łaski
1119114111911411191141119114111911411191141119114
3647136471364713647136471
Strona główna
Strona główna
Sławek o sobie
Książka - "Mój dług"
Zdjęcia
"Dług" wg Krauzego
Prasa o długu
Za murami
Holocaust
Przyjaciele
Z mojego
punktu widzenia
Forum
Kontakt
Uaktualnienia
      Nazywam się Artur Bryliński, obecnie rozpoczął się dziesiąty rok do momentu aresztowania mnie i Sławka Sikory.
Jak wiecie skazano nas na karę dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności.
Pobyt w Zakładzie Karnym powoli staje się koszmarem, w końcu dziewięć lat to bardzo wiele cennych chwil spędzonych za więziennym murem.
Przebywałem w wielu jednostkach penitencjarnych (w Warszawie - Białołęce, Warszawie - Mokotów, Potulicach i w Iławie).
Wiem, że na rzecz Sławka prowadzona jest ta strona internetowa, bardzo się cieszę, że jego los nie jest wam obojętny i swymi poparciami wspieracie jego drogę ku wolności.
      Dziękuję za Wasze poparcie wyrażone już w 2634 podpisami. Zarówno dla Sławka jak i dla mnie każdy głos jest bardzo ważny.
      Na pewno wielu z Was zadaje sobie pytanie czy jeden głos, potrafi zmienić dramatyczną sytuację. Uważam, że tak, dowodem tego jest ta wielka liczba poparć.
Całym sercem jestem ze Sławkiem.

                  Pozdrawiam Was!!!

      P.S. KAŻDY WASZ GŁOS ZWIĘKSZA NASZĄ NADZIEJĘ..

Artur Bryliński     
      Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej Artura www.dlug.com.pl, która została uruchomiona dnia 9 wrzesnia 2004 roku.
 KU PRZESTRODZE

      Wszystkim niefrasobliwym i nieświadomym czyhających nań zagrożeń poświęcam to wyznanie.
      W nocy 8/9 marca 1994 r. zabiłem Grzegorza Gmitrzaka i Mariusza Kłosa. Uczyniłem to doprowadzony do ostateczności trwającym ponad rok prześladowaniem mnie przez nich.
      Grzegorza Gmitrzaka poznałem jesienią 1992 r. jako dawnego kolegę mojego partnera w interesach, Sławomira Sikory. Zaoferował on swoją pomoc w uzyskaniu kredytu bankowego potrzebnego nam do rozwinięcia działalności gospodarczej. Nie mogąc w inny sposób pozyskać niezbędnych w planowanym przedsięwzięciu środków finansowych, zdecydowaliśmy się skorzystać z oferty, w zamian oferując mu udział w naszej spółce. Gmitrzak przystał na nasze warunki, jednak wbrew umowie, w ciągu kolejnych 2 miesięcy nie wywiązał się ze swojego zadania.
      W grudniu 1992 r. zaczął się pokazywać w towarzystwie kilku obywateli byłego ZSRR, których wygląd i zachowanie jednoznacznie wskazywały na przestępczy charakter ich działalności. Jednocześnie Gmitrzak zaczął proponować mi i Sikorze udział w różnych nielegalnych przedsięwzięciach. Odmówiliśmy mu i widząc, że kontakty z nim przybierają coraz bardziej niepokojący charakter postanowiliśmy zerwać z nim znajomość. Gdy mu to zakomunikowaliśmy, Gmitrzak stwierdził, że jesteśmy mu winni pieniądze za poniesione w związku z tym straty. Jego żądanie było bezpodstawne, więc odpowiedzieliśmy, że żadnych pieniędzy nie dostanie. Po tej rozmowie naszą znajomość z Gmitrzakiem uważaliśmy za definitywnie skończoną.
      Wkrótce potem Grzegorz Gmitrzak zaczął nas prześladować. Razem ze wspomnianymi wyżej Rosjanami nachodził nas w naszych domach. Straszył nas używając różnych gróźb, które kierował pod adresem naszym i naszych rodzin. Porywał nas nawet z ulicy i wywoził w odludne miejsce, gdzie wraz z pomocnikami bił nas i poniżał. Groził, że jeżeli powiemy o tym komukolwiek, to stracimy życie. Niebezpieczeństwo spełnienia tej groźby wydało nam się bardzo realne i dlatego nikomu nie mówiliśmy o naszych kłopotach.
      Po paru tygodniach nieustających prześladowań, w styczniu 1993 r., Gmitrzakowi udało się zmusić mnie do wystawienia czeków bez pokrycia, które następnie zostały zrealizowane przez jego ludzi. Wiem, że czyn mój stanowi przestępstwo, jednak w tamtym czasie myślałem jedynie o tym, jak przeżyć i uwolnić się od prześladowców. Wydawało mi się (zgodnie z zapewnieniami Gmitrzaka), że wystawienie tych czeków pozwoli mi i Sikorze zakończyć całą tę nieprzyjemną sprawę i wrócić do normalnego życia. Niestety, w marcu 1993r. Gmitrzak pojawił się znowu wraz z Rosjanami. Twierdził, że nadal jesteśmy winni mu pieniądze i oczekiwał ich zwrotu. Jego żądania, podobnie jak i wcześniej, pozbawione były podstaw. Jednak w krótkim czasie, stosując wspomniane wyżej metody, udało mu się skutecznie nas zastraszyć i ponownie zmusić do popełnienia przestępstwa. Tak jak poprzednim razem, przestępstwo polegało na realizacji czeków bez pokrycia.
      Później Gmitrzak nie nachodził mnie aż do stycznia 1994 r. Wyjątkiem były dwa spotkania. Latem 1993 r. zmusił Sikorę do tego, aby nakłonił mnie do spotkania z nim. W czasie tego spotkania jeszcze raz zażądał pieniędzy a usłyszawszy moją odmowę pobił mnie. Drugie spotkanie było przypadkowe i miało miejsce na ulicy, jesienią 1993 r. Gmitrzak ponownie upomniał się o pieniądze i groził mi. Jednak, tak jak przy poprzednim spotkaniu, był sam i jego groźby nie odniosły skutku. Mimo to cały czas obawiałem się go.
      W listopadzie 1993 r. zostałem zatrzymany przez policję do dyspozycji prokuratury rejonowej Warszawa-Śródmieście w związku z dochodzeniem prowadzonym w sprawie wystawienia przeze mnie w styczniu 1993 r. czeków bez pokrycia na szkodę banku PKO S.A. Czeki te, jak wyżej wspomniałem, oddałem Gmitrzakowi przymuszony biciem i groźbami. Przed prokuratorem złożyłem stosowne wyjaśnienia. Ukryłem jedynie dane osobowe Gmitrzaka z obawy przed jego zemstą. Naciskany przez prokuratora, bym wyjawił nazwisko mojego prześladowcy, zapytałem, co prokuratura może zrobić, by ochronić mnie przed zemstą tego człowieka i jego ludzi. Dowiedziałem się, że prokuratura nie może mi w tym pomóc. Nie chcąc ryzykować zemsty Gmitrzaka, zachowałem jego personalia w tajemnicy.
      W styczniu 1994 r. pracowałem jako handlowiec w firmie DANTEX, gdy Gmitrzak pojawił się znowu. Tym razem w towarzystwie Mariusza Kłosa, którego wcześniej nie znałem. Przy użyciu gróźb zmusili mnie, bym pojechał z nimi. Zawieźli mnie w ustronne miejsce nad Wisłą i tam siłą wcisnęli mi do ręki nóż, o którym mówili, że jest narzędziem zbrodni. Mając już na nożu moje odciski palców stwierdzili, że teraz mają mnie w garści. Jeżeli nie będę im posłuszny, oddadzą ten nóż znajomemu policjantowi, w wyniku czego trafię do więzienia na 25 lat a tam ich koledzy będą mnie bić i gwałcić. Gmitrzak ponownie zażądał ode mnie pienię DANTEX?.
      Ponieważ nie byłem w stanie dać mu wymaganej kwoty, zaczął regularnie mnie nachodzić. Wywoził mnie w odludne miejsca i razem z Mariuszem Kłosem straszył mnie, bił i poniżał. Wkrótce zmusił mnie do umożliwienia mu kradzieży na szkodę firmy "DANTEX", w której byłem zatrudniony. Moja pomoc, jak i wcześniej, miała stanowić formę spłaty długu. Po fakcie okazało się jednak, że pieniędzy jest za mało, więc Gmitrzak nadal mnie prześladował.
      Pewnego razu, gdy wraz z Kłosem wiózł mnie związanego na tylnym siedzeniu samochodu, Gmitrzak zatrzymał się przed komisariatem na ul. Żytniej w Warszawie. Mówił, że ma tu coś do załatwienia ze znajomym policjantem. Istotnie z komendy wyszedł policjant i podszedł do naszego samochodu. Przywitał się z Gmitrzakiem i rozmawiał z nim przez dłuższą chwilę. Policjant ten spojrzał na mnie przez moment, ale mój widok nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Wydarzenie to spowodowało, że moja wiara w skuteczność i praworządność organów ścigania dramatycznie zmalała. Ze strachem myślałem o tym, co się stanie, jeżeli zgłoszę się ze swoimi problemami na policję i okaże się, że jakiś znajomy policjant powiadomi o tym Gmitrzaka.
      W połowie lutego 1994 r. Gmitrzak zdecydował, że zrealizuję sfałszowane czeki bankowe. Każdy z nich opiewał na kwotę blisko miliarda starych złotych. W trakcie wielokrotnych podróży do Katowic, gdzie Gmitrzak załatwiał sprawy związane z czekami, zorientowałem się, że po załatwieniu tej sprawy i zainkasowaniu kilku miliardów złotych Gmitrzak zamierza zniknąć na jakiś czas. Zacząłem obawiać się, że będzie chciał zatrzeć za sobą ślady swojej przestępczej działalności. Coraz bardziej realne stawało się dla mnie, że jako niewygodny świadek zostanę przez Gmitrzaka zlikwidowany.
      W tym samym czasie ostatecznie przekonaliśmy się z Sikorą, że Gmitrzak nie zamierza dać nam spokoju. Zawsze już będzie nas prześladował i nie pozwoli nam normalnie funkcjonować, dopóki będzie mu to wygodne, albo dopóki nie zdecyduje się nas zabić.
      Znaleźliśmy się w sytuacji, z której trudno było znaleźć dobre wyjście. Czułem się samotny i zaszczuty, jak zwierzę. Bałem się pójść z moimi problemami na policję, gdyż wcześniejsze doświadczenia z prokuratorem i policjantem sprawiły, że obawiałem się z tej strony nie pomocy a zagrożenia. Moimi obawami nie chciałem się podzielić nawet z najbliższymi, ponieważ obawiałem się, że doniosą oni na Gmitrzaka. Tego zaś pragnąłem dla ich i własnego bezpieczeństwa uniknąć. Gmitrzak bowiem tak daleko posunął się w swoich groźbach, że obiecywał wywrzeć swoją zemstę również na mojej rodzinie. Nie umiałem nawet sobie wyobrazić ogromu tragedii, jaką sprowadziłbym na moich bliskich, gdybym podjął przeciw Gmitrzakowi nieprzemyślane działania. Trudno mi było w zaistniałej sytuacji (od długiego czasu funkcjonowałem pod bardzo silną presją) podjąć racjonalną decyzję, która uchroniłaby mnie przed grożącym mi niebezpieczeństwem, a zarazem nie przywiodła mnie do przestępstwa.
      Ostatecznie postanowiliśmy z Sikorą, że nastraszymy Gmitrzaka i Kłosa. Zamierzaliśmy zwabić ich w zasadzkę i przy pomocy naszych kolegów obezwładnić. Chcieliśmy zakomunikować im, że pracujemy teraz dla pewnej grupy przestępczej i nie mogą już dłużej nas nachodzić. Aby dowieść, że nie ma już z nami żartów mieliśmy wywieźć ich w odludne miejsce i tam ciężko pobić, a nawet straszyć śmiercią. Niestety w czasie realizacji naszego planu okazało się, że Gmitrzak wcale się mnie nie boi. Od momentu skrępowania go nieustannie się odgrażał, że jak to wszystko się skończy, to on się na mnie zemści. Powtarzał swoje groźby przez całą drogę do Maciejowic, gdzie mieliśmy ich pobić.
      Nie pamiętam, kiedy podjąłem tę decyzję. W pewnym momencie zrozumiałem, że jeżeli poprzestanę jedynie na biciu i straszeniu, to Gmitrzak wkrótce wywrze na mnie obiecaną zemstę. To by oznaczało moją śmierć. Wiedziałem, że stanąłem przed ostatecznym wyborem: Albo on albo ja. Nie chciałem tego, ale zabiłem i Gmitrzaka, i Kłosa, a potem jeszcze w okrutny sposób próbowałem zatrzeć ślady przestępstwa.
      Przesłuchiwany w powyższej sprawie przez policję przyznałem się do winy. Postąpiłem tak wiedząc, że policja nie dysponuje mogącym mnie obciążyć materiałem dowodowym. Nie wiedziałem też o tym, że mogę ponieść łagodniejszą karę, jeżeli złożę wyczerpujące wyjaśnienia. Przyznałem się głównie dlatego, że chciałem dobrowolnie poddać się karze i w ten sposób choć w części oczyścić moje sumienie. Wiem, że dopuściłem się ciężkiego przestępstwa i dlatego zasługuję na karę. Szczerze współczuję rodzinom zabitych. Wiem, że cierpią także moi najbliżsi i wiele bym dał, żebym mógł cofnąć czas. Niestety nie jest to możliwe.

            Wyrokiem sądu skazany zostałem na karę 25 lat pozbawienia wolności.

Artur Bryliński      


Materiał pochodzi ze strony Duszpasterstwa Więziennego w Iławie