|
|
 |
 |  |  |
 |
 |
 |
|  |
 |
 |  |
|
|
 |
| |  |
Luiza wdowa idzie na dług |
| Irena Morawska |
| |
 |
 |
Autorka reportażu odnalazła wieś, do której woda
przyniosła sześć lat temu dwa ciała bez głów. Rozmawiała, podczas
widzeń więziennych, z winnymi zabójstwa. Odwiedziła ich matki.
Dotarła do byłej żony jednego z zamordowanych. Reportaż przedstawia
fakty, które zainspirowały twórców filmu. Kto nie widział "Długu",
dowie się z reportażu, jak doszło do tragedii. Kto widział, oceni,
ile film wziął z rzeczywistości
Marianna
wczesnym rankiem poszła nad Wisłę. Od niepamiętnych lat tak
zaczynała dzień w swojej wsi pod Górą Kalwarią. Tuż przy tamie
ujrzała coś jasnego. - To tylko piana - pomyślała.
Ale gdy podeszła bliżej, spostrzegła, że "to
jasne", to nie piana. Straciła oddech. A potem rzuciła się biegiem
do domu.
Jakie miał
oczy?
Był marzec 1994 roku.
Dzwonek do drzwi jak zawsze przeraził
Luizę.
Dwóch mężczyzn przedstawiło się:
są z policji.
Jeden z nich zapytał o
męża. Powiedziała, żeby sobie poszli, bo nie wie, gdzie były mąż się
podziewa. Drugi powiedział: - Gerard Nowak nie żyje. Musi pani
zidentyfikować ciało.
Na policji pytano
Luizę, dokąd sięgał zarost męża na klatce piersiowej? Czy miał na
ciele znamiona? Nie rozumiała pytań.
A
potem stała nad ciałem i też niczego nie rozumiała: po co pytali o
oczy Gerarda, skoro nie miał głowy? Jak mogła żyć z Gerardem
kilkanaście lat i nie pamiętać koloru jego oczu?
- Byłam zrozpaczona - wspomina Luiza - i czułam
ulgę. Nareszcie przestanę bać się dzwonków do
drzwi.
Ktokolwiek dzwoni, to nie
Gerard
Adam jadł niedzielne śniadanie,
babcia słuchała mszy radiowej. Matka - Joanna - krzątała się po
domu, ojciec czytał coś ze swej wielkiej biblioteki. Gdy odezwał się
dzwonek przy drzwiach, Adam nie wybiegł otworzyć. Był spokojny.
Wiedział, że ktokolwiek dzwoni - nie jest to Gerard. Adam ubiegł go.
Późną nocą z ósmego na dziewiątego marca 1994 roku pozbył się
strachu. Jego "strach" leżał teraz w kostnicy, zidentyfikowany przez
Luizę.
Policjanci rewidowali pokój. Adam
uspokajał rodziców: "Nie martwcie się, wszystko się ułoży". Wyszedł
w kajdankach. Nie zamierzał się przyznać do zabójstwa. Wyspowiada
się, ukoi, wróci do domu i wreszcie stanie się przykładnym synem.
Taki miał plan.
Stefan usłyszał od
dozorczyni, że pytała o niego policja. Długo krążył przy telefonie,
nim wykręcił numer komisariatu. Przedstawił się, podobno go szukają,
zaraz przyjedzie. Usłyszał, że przyślą wóz.
"Długiego" wzięli z pracy we francuskiej firmie, w
której czekał na niego awans.
Jarka
zabrali z domu.
Tadeusz tamtego ranka
postanowił nie iść na uczelnię. Policja zadzwoniła o dziewiątej.
Wtulił się w poduszkę. Młodsza siostra była w szkole, ojciec w
pracy, matka właśnie się szykowała do wyjścia.
Chwilę później stał na bosaka, w kajdankach, w
piżamie. Danuta krzyczała: "To pomyłka! Syn jest studentem!". Potem
zobaczyła w telewizji te ciała z Wisły, a w gazecie przeczytała
inicjały podejrzanych o zbrodnię. - To niemożliwe - mówiłam mężowi.
- Pół Polski może mieć takie
inicjały.
Wyroki
Adam,
lat 28 - winny podwójnego zabójstwa. 25 lat więzienia.
Stefan, lat 29 - winny podwójnego zabójstwa. 25
lat więzienia.
Tadeusz, lat 23 -
współwinny jednego zabójstwa. 12 lat. W apelacji dorzucono mu
dodatkowo oskarżenie o współudział w drugim zabójstwie (sprawa w
toku; po sześciu latach Tadeusz siedzi w podwójnej roli: jako
skazany i jako oskarżony).
"Długi" (lat
28) i Jarek (28) - po 3
lata.
Prezenty
Sześć
lat po skazaniu syna, Joanna siedzi w warszawskim mieszkaniu
kwaterunkowym na wprost regału z książkami. W niektórych miejscach
regał świeci pustkami. Joanna nie zapala światła. Krępują ją liszaje
na ścianach. Za co zrobi remont? Córka samotnie wychowuje syna. Adam
"tam" (Joanna nie używa słowa więzienie).
Joanna ma 54 lata, jest rencistką.
Nie wie, jak opowiadać o synu. Życie nie
przygotowało jej do roli matki zabójcy. - Był dobrym
chłopcem.
Ojciec Adama - urzędnik na
kierowniczych stanowiskach, Joanna - urzędniczka. Zarabiali
skromnie. - Ale zawsze miał prezenty. Na dziesiąte urodziny dostał
mikroskop.
Nie ma już wspólnych świąt ani
sylwestra z dziećmi, jak co roku.
Na
regale ramka. Uśmiechnięty Adam na Mazurach. To szczególne zdjęcie.
Nie dlatego, że Adam nie nosił jeszcze w sobie ciężaru zbrodni. - W
tym dniu Tadeusz Mazowiecki został premierem.
To właśnie zmiany po roku 1989 pchnęły Adama do
porzucenia informatyki dla biznesu. Gdy rodzice protestowali,
powiedział: "Czasy się zmieniły, dziś można samemu zarobić na
studia. Nie chcę dłużej siedzieć wam na głowie".
W biznesie Adam poznał Stefana, potem Gerarda,
potem zabił.
Sala widzeń więzienia w
Iławie. Adam w zielonej kurtce z dżinsu. Zaczesane do góry ciemne
włosy, lekka bródka. Smukłe palce, z czystymi, dobrze przyciętymi
paznokciami. - Chciałem się wyrwać z biedy. Marzyłem o własnym
pokoju.
Pośredniczył w handlu piwem,
ciuchami, czym się dało. - Dobrze mi szło. Bez pieczątki, bez
siedziby firmy. Żywioł.
Planował:
nacieszy się życiem, potem pomoże siostrze i rodzicom. No i wróci do
ukochanej informatyki.
Jeszcze w liceum
zapisał się na kurs tańca. Teraz, jako młody biznesmen, brylował w
dyskotekach. Otoczony pięknymi dziewczynami. Uroczy, grzeczny.
Nazwano go "Księciem". Pił whisky z
coca-colą.
Ludzie
szukają swych miejsc
Matka Stefana,
nauczycielka rytmiki, zarabiała grosze. Ojciec odszedł, gdy Stefan
był mały, potem umarł.
Stefan skończył
wydział opieki społecznej w Studium Medycznym. Mieszkał z matką.
Zmiany w Polsce wyzwoliły w nim energię. Przestał myśleć o zawodzie,
który zdobył, żeby uciec przed wojskiem. Wszedł w biznes. Był
pierwszym w kraju importerem kawy Jacobs. Zarabiał pieniądze, o
jakich w rodzinie nikt nigdy nie śnił. Namawiał do powrotu brata,
"Długiego", który w latach osiemdziesiątych rzucił studia i w
poszukiwaniu dobrego życia wyjechał do Niemiec. Przekonywał go: "To
nie ten sam kraj".
"Długi"
wrócił.
Ściągali z Włoch kontenery
bielizny, rajstop i barwnych wózków dziecięcych. Z innych krajów -
kurtki i lalki Barbie. Na początku lat dziewięćdziesiątych rynek
wchłaniał wszystko. Szukali wspólników. Ciężko było z dnia na dzień
wyłożyć kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Znajdowali chętnych do
jednego, kilku przedsięwzięć. - Potem dzieliliśmy kasę i cześć -
wspomina Stefan. - Kraj był usiany takimi układami.
Jednym z takich chwilowych wspólników był student
(wówczas politologii), były ministrant, przystojny i z głową na
karku - Tadeusz.
Wieczorami Stefan kręcił
się, tak jak Adam, po modnych lokalach: Harenda, Scena, U
Szwejka.
Ale nie zostawiał w nich
wszystkiego. Organizował i sponsorował turnieje tenisowe.
Potrzebował reprezentacyjnego partnera do wręczania nagród, do
prowadzenia rozmów w biznesie.
Początek
lat dziewięćdziesiątych. Stodoła. Stefan nie odrywa oczu od
chłopaka, który kosi wszystkich w tańcu. Chce go poznać. Zaprasza do
swego stolika.
Stefan spadł Adamowi z
nieba. - Chciałem wyjść z biedy. Z nakazów i zakazów rodziców:
studiuj, załóż rodzinę.
Stefana ożywiają
tamte wspomnienia: - Uzupełnialiśmy się: ja lubiłem cień, Adam ostre
światła. Ponad wszystko łączyło ich jedno: - Chcieliśmy zarobić
szybko i dużo.
Adam i Stefan świetnie się
rozumieli. Biznes się kręcił, zabawa też.
Rodziców Adama drażniły ranne powroty syna.
Wyprowadził się.
Matkę Stefana i
"Długiego" też niepokoiło to, że synów więcej w domu nie ma, niż są.
Nalegała, by zajęli się "przyzwoitą pracą, etatową". - A ja jej
wyjaśniałem - wspomina Stefan - mamo, ludzie szukają swoich
miejsc.
Zachorowała na raka. Operację i
chemioterapię wyznaczono za kilka miesięcy.
Stefan wyjął pieniądze. Terminy na zabiegi
przy-śpieszono.
Strzał w
dziesiątkę
Wolne pośrednictwo kończyło
się. Interesy Ada- ma i Stefana stawały się kruche.
- Zaczęliśmy myśleć o czymś poważniejszym -
wspomina Adam. - Mieć jakąś firmę-matkę.
Przyszła okazja. Stefan odkupił opcję na
sprowadzanie kosmetyków z Ameryki.
- Aby
mieć ten temat, zainwestowałem kilkanaście tysięcy dolarów -
wspomina.
Był rok 1992. Oparte na
żeń-szeniu kosmetyki miały być hitem. Dla kobiet starszych i
młodszych. Krem przeciw trądzikowi dla młodzieży miał dać wielką
forsę. Biegali po szkołach i mazali dzieciarnię testerami. Ten krem
był strzałem w dziesiątkę! Ale potrzebowali kilkudziesięciu tysięcy
dolarów na sprowadzenie pierwszej partii. Banki odsyłały ich
biznesplan do poprawek. Brakowało zabezpieczenia. Nie mieli
nieruchomości.
Mogliby wziąć wspólnika z
dużą gotówką, ale w "ten temat" postanowili wejść sami.
- Wierzyliśmy w te kremy - pamięta
Stefan.
Rozpytywali o wejścia w banku.
Ale nawet jak ktoś miał, nie przyznawał się albo trzymał kontakt dla
siebie.
Pewnego dnia w restauracji U
Szwejka Stefan spotkał znajomego. Przed laty ćwiczyli w jednej
siłowni. Znajomy był kilka lat starszy od nich.
Nazywał się Gerard
Nowak.
Muzyka
poważna
Gerard nie krył radości ze
spotkania Stefana. Kręcił się przy drobnym handlu ("Też robię w
kawie") i był - jak twierdził - szefem ochrony w hotelowej sali
bilardowej. Stefan opowiedział o wielkim biznesie na horyzoncie i
kłopotach z bankiem.
Gerard się ożywił.
Znał "Grubego", dla którego "nie ma trudnych spraw". "Gruby"
pracował w ważnym banku.
- Czułem, że
Pana Boga za nogi złapałem - wspomina Stefan. - Natychmiast
powiedziałem o tym Adamowi.
Gerard chciał
poznać wspólnika.
Na kolację z
dobroczyńcą Adam włożył garnitur. Był podekscytowany, ale Gerard nie
przypadł mu do gustu. - Niby inteligentny, ale ubrany jak dresiarz -
wypomina.
- Skłamałbym jednak, gdybym
powiedział, że byłem podejrzliwy. Ufałem temu facetowi.
W samochodzie Gerard słuchał muzyki poważnej. To
wzmacniało jego wiarygodność.
Inwestowali
więc w dobroczyńcę. Zapraszali go na śniadania i kolacje do
eleganckich restauracji. Gerard co jakiś czas chwalił się bronią zza
pazuchy.
Adamowi to imponowało: -
Bezpiecznie mieć takiego kumpla.
Skupiając się na trądzikowym biznesie - stopniowo
schodzili ze starych ścieżek. Tym bardziej że ich miejsca zajmowały
finansowe rekiny. Nie żałowali. - Nasze właściwe pieniądze miały
nadejść - powtarza Adam.
Gerard roztaczał
wizje wspólnego przedsięwzięcia.
Jednak
do swojego życia ich nie
wprowadzał.
Miał
życie
Ale przecież miał jakieś
życie?
- Miał życie, miał - powtarza
Luiza, była żona Gerarda.
Ma 40 lat, ale
nie wygląda na tyle. Należy do kobiet, na których mężczyźni
zatrzymują wzrok. Jest urzędniczką.
Gerarda poznała w roku 1981 na urodzinach
koleżanki. - Poszłam z chłopakiem, wyszliśmy we troje - uśmiecha
się.
Umówili się następnego dnia pod
kościołem. Był luty, zaśnieżona niedziela. - Włóczyliśmy się po
Łazienkach, po Starym Mieście. Lubił Łazienki.
Wieczorem odprowadził ją pod dom. - To była miłość
od pierwszego wejrzenia.
Pobrali się rok
później. Skończył zawodówkę mechaniczną. - Ale unikał pracy w swoim
fachu - wspomina Luiza. - Ciągle zmieniał: był zaopatrzeniowcem,
porządkowym na Torwarze i Bóg wie, kim jeszcze. Wyjeżdżał na budowy
za granicę.
Luiza lubi życie odtąd-dotąd.
- A Gerard ciągle gdzieś gnał. Gdy mu powiedziałam, że chcę
stabilizacji, odpowiedział: "Moim obowiązkiem jest zapewnić rodzinie
dostatek". Będzie zmieniał pracę tak długo, aż znajdzie godziwy
zarobek.
Marzył o mieszkaniu. - Nigdy go
nie mieliśmy - mówi Luiza. - Zawsze kątem u którejś z mam. Czuł się
niedowartościowany. Nie mógł znieść tej biedy przed
wypłatą.
Raz czy dwa razy w tygodniu
jeździł poćwiczyć. Namawiał Luizę, by z nim chodziła. Poszła raz.
Grali w koszykówkę, bez przepisów, bez reguł. Lubił taką grę. Mówił,
że przepisy są dla frajerów.
Oczekiwali
dziecka, gdy podczas ćwiczeń doznał urazu kręgosłupa. Poruszał się o
kulach. Na krótko przed narodzinami córki oznajmił Luizie, że
odchodzi. Nie zasłużyła na życie z kaleką. - Tak mówił - pamięta
Luiza. - Jak mógł? Pobraliśmy się z wielkiej miłości. Taki był.
Nieracjonalny zupełnie.
Pocieszała go i
prosiła, by został. Wkrótce urodziła się Alicja. Z ciężką wadą.
Musiała przejść operację. - I wtedy stał się cud - wspomina Luiza. -
Gerard ozdrowiał. Rzucił kule i zaczął chodzić o własnych siłach.
Lekarze nie umieli tego wyjaśnić. Zostawił kule w Konstancinie,
wrócił do domu. - Muszę zarobić na mieszkanie - powtarzał.
Była połowa lat
osiemdziesiątych.
Na
smyczy
Adam opowiedział rodzicom o
nadchodzącej stabilizacji. Z powrotem zamieszkał w pokoju z babcią.
Interesy powysychały, a trzeba było z czegoś żyć.
Gerard ze swą muzyką poważną na kasetach przylgnął
do Adama i Stefana, oni uczepili się jego. Nie wtajemniczali go w
swoje kłopoty. Sprawiali wrażenie dobrze ustawionych, z wizją. -
Początkowo czuł się kimś gorszym - ocenia Adam. - Choć to on miał
przecież załatwić nam kredyt.
Co jakiś
czas Gerard przynosił "smutną wiadomość": "Gruby" z banku (którego
Adam i Stefan nigdy nie poznali) był chory, innym razem miał
pogrzeb. Uspokajał Stefana i Adama: "Lada moment". Czasem napomykał
o ciemnych interesach: handel paszportami, żetonami telefonicznymi
albo obrót fałszywymi banknotami. Zbywali to. - Była w Gerardzie
jakaś czujność - Adam teraz to widzi. - Może badał, co może
powiedzieć w naszej obecności. A może badał, czy damy się wciągnąć w
jego interesy?
Ameryka słała faksy: "co z
kosmetykami?". Zaczęli się niepokoić, ale - jak twierdzą obaj - w
Gerardzie było coś, co mówiło: on to załatwi.
Dla Adama kredyt był wszystkim. - Ten biznes miał
udowodnić rodzicom, że rzucając studia, nie popełniłem błędu.
Pieniądze miały pomóc w usamodzielnieniu się. W każdej swojej
dziewczynie widziałem żonę - wyznaje.
Żona i troje dzieci - tak planował. I
dom.
Miał dziewczynę. Piękną. Zrobiono
jej zdjęcia do "Playboya".
Dziewczyna
Stefana, Jola, studiowała zarządzanie. Dorabiała w salonie
samochodowym.
- Powiedzieliśmy sobie:
ruszą kosmetyki, ustawię ludzi, pobieramy się - mówi
Stefan.
Czekanie na ruch Gerarda stawało
się nie do zniesienia.
A on coraz
rzadziej mówił o kredycie. Coraz częściej napomykał o śliskich
interesach. I nagle przepadł. Adam pamięta tamten stan. - Czekanie
na niego, to był obłęd. - Nie wiedzieliśmy, gdzie go szukać. Z
klubów bilardowych też przepadł.
Zjawił
się po miesiącu. - Odetchnęliśmy z ulgą. Kredyt znów był w zasięgu
ręki - wspomina Adam.
Gerard się nie
tłumaczył. Tylko obiecywał.
Czas się
wlókł, kredyt był wciąż za zakrętem. Stefan i Adam zaczynali już być
na zawołanie Gerarda. - Biegliśmy do niego. Już nas zaczął prowadzić
na smyczy.
A Gerard zapomniał o kredycie.
Roztaczał perspektywę wielkiego życia z handlu kradzionymi
samochoda- mi. Niech się zgodzą, nadają się. Nie słuchali. - To
facet z półświatka - dotarło do nich, kiedy ujrzeli Gerarda w
towarzystwie trzech wielkoludów w dresach.
Adam zastanawia się, w którym momencie Gerard
postanowił wziąć ich "w opiekę".
- Musiał
wyczuć, że jesteśmy słabi, zwłaszcza
ja.
Cios
"Synu,
zrób coś ze sobą?" - Adam czytał to w oczach rodziców. Był styczeń
1993 roku. Wykrzyczał Stefanowi, że ma dość Gerarda. I zażądał
zerwania kontaktów.
Gerard pojawił się
kilka dni później. Zaproponował spacer. Adam był bliski szczęścia:
"nareszcie kredyt". - A on powiedział, żebym zwrócił mu dług. "Jaki
dług?". "Tysiąc dolarów" - odpowiedział i uderzył mnie.
Adam wpadł w przerażenie. Nie było przecież
żadnego długu.
Tydzień później pod
blokiem Ada-ma obok Gerarda wyrośli jego rosyjscy dresiarze -
"odświeżacze pamięci". Groźby, uderzenie w twarz, w brzuch, ból,
znów w twarz, łzy, dreszcze. Zimno czy strach?
Adam z pokorą przyjął do wiadomoś-ci: musi zwrócić
1000 dolarów. Plus odsetki, które narosły, kiedy się zastanawiał, o
jaki dług chodzi.
Powiedział:
"Oddam".
Rozwód
Gerard coraz
rzadziej wracał do domu. Coraz mniej przynosił pieniędzy - pamięta
Luiza. - Próbowałam wydobyć z niego, co się dzieje, ale odpowiadał:
"Nic takiego".
Rzadziej zajmował się
córką. Zaczynał zabawę z nią, lecz po kilku chwilach przestawał.
Nagle, niespodziewanie nasłuchiwał. I bez słowa wychodził.
Luiza poprosiła Gerarda o rozwód. - Myślałam, że
będzie o mnie walczył, przeprosi, zapyta, wyjaśni.
Ale Gerard spojrzał na nią tymi oczami, których
koloru Luiza nie pamięta, i powiedział: "Tak będzie
lepiej".
Domofon
Adam
powiedział Stefanowi o pobiciu i fikcyjnym długu, a Stefan Adamowi -
co spotkało jego. Wprawdzie jemu Gerard nie wymyślił długu, ale
nalega na śliskie interesy. Czeka w samochodzie albo kręci się pod
blokiem. - Nocą w mój domofon wkładał wykałaczkę. Domofon warczał
całą noc, bo bałem się wyjść - wspomina Stefan. - Sąsiedzi mieli
pretensje, bo spać nie mogli.
Matka
wróciła ze szpitala. "Zatrudnij się gdzieś na etacie" - powtórzyła.
- Walnąłem prosto z mostu: gdybym był na państwowej posadzie, dawno
byś leżała w grobie.
Matka przyznała
Stefanowi rację.
Potem widział, jak
płakała.
Gerard domagał się od Stefana
papieru do produkcji biletów MZK. - Łaziłem niewyspany i zastraszony
- m wspomina Stefan. - Teraz drżałem też o matkę. Dobra -
powiedziałem - znajdę kogoś, ale obiecujesz, że się
odczepisz?
Obiecał. Był w siódmym niebie.
Znów przyjacielski.
- Wygrzebałem mu
"bileciaka", czyli fałszerza biletów.
Ale
"bileciak" i jego ludzie nie spełnili oczekiwań Gerarda. W mig
stracił dobry humor: "Zainwestowałem czas, a wy tak?". I za stracony
czas zażądał zapłaty. Gdy odmówili, Rosjanie ich potraktowali nożem,
pięścią, kolanem. "Bileciak" ze strachu odstąpił Gerardowi plik
fałszywych paszportów.
Gerard winę za
"bileciaka" zrzucił na Stefana. Pouczył go na przyszłość: Rosjanie
wywiozą cię do lasu i zabiją.
I "za
karę", że Stefan źle się spisał, zażądał, by załatwił pieczątki do
paszportów. Postraszył: jeśli o tej i o tej godzinie się nie stawi,
znajdzie swojego psa bez głowy.
Stefan
poprosił matkę, by nie otwierała nikomu, Jolę - żeby nie
przychodziła. Będą spotykać się na mieście, gdziekolwiek, ale nie w
domu.
Chciał ją za wszelka cenę
zatrzymać. - Była mi potrzebna choćby świadomość, że jest, że mogę
do niej zadzwonić.
Pewnej nocy, gdy
Stefan wracał do domu, Gerard wyrósł przed nim niepostrzeżenie:
"Unikasz mnie, niedobrze, czekam na ciebie godzinami, tracę
czas".
Rosjanin "pomógł" Stefanowi wejść
do poloneza. Usadzono go za kierowcą, czyli za Gerardem.
Było ciemno, zimno. Las. Wisła, Rosjanie. Gerard
mówił Stefanowi, jak trudno żyć z przestrzelonymi kolanami, jak
dobrze mieć żywą rodzinę. Przypomniał o układach, jakie ma z
policją.
Niespodziewanie zatrzymał
samochód, opuścił w tył oparcie swojego siedzenia, tak by Stefan nie
mógł się ruszyć: - Myślałem, że to mój koniec - pamięta
Stefan.
A Gerard powiedział łagodnym
tonem: "Jesteś mi potrzebny, Stefan. Twoja twarz, twoje kontakty. Z
takich ludzi jak ty się nie
rezygnuje".
Skarbonka
Matka
Gerarda, wiejska kobieta, po wojnie przybyła za chlebem do Warszawy.
Mały Gerard ledwie stawiał pierwsze kroki, gdy ojciec odszedł. Żeby
nie oddać syna do domu dziecka, matka zaczęła sprzątać, szyć,
gotować.
Dawniej, podczas spacerów z
Gerardem w Łazienkach, Luiza wyciągała z niego wspomnienia. Ale
Gerard niechętnie opowiadał o dzieciństwie.
Jedyne co wspominał, to zapach morza. Tam go
kiedyś zabrał ojczym z matką i przyrodnim bratem. - Wciąż mówił, że
raz płynął łódką. Łódka była najprzyjemniejszym echem
dzieciństwa.
Miał kompleksy, Luiza
wiedziała, jak bardzo je ukrywał. - Ale był skryty, zamknięty. Nie
lubił mówić o sobie.
Po rozwodzie wciąż
wpadał do domu. Pewnego wieczora przybiegł w pośpiechu. Natychmiast
potrzebował pieniędzy na benzynę. Rozwalił skarbonkę córki, wyjął
wszystkie oszczędności i wybiegł.
Pod komendą
Gerard
wyznaczał Adamowi spotkania w Łazienkach. - Nie wiem dlaczego akurat
tam - zastanawia się Adam. - Ale ja lubiłem Łazienki, czułem się tam
bezpiecznie.
Dług rósł. Gerard przyczaił
się na Adama pod domem. Zaprosił do samochodu, związał go rzemieniem
i położył na tylnym siedzeniu. Powiedział, że "ma z psami do
pogadania". - Zawiózł mnie na Żytnią, wszedł do komisariatu i
wyszedł z policjantem. Śmiali się - wspomina Adam. - Policjant
szydził: "Nie wiesz, co z takim zrobić? Przeciągnąć na sznurze za
samochodem w Lesie Kabackim".
Przez myśl
przeszło Adamowi, że to przebrany kolega Gerarda. - No ale kiedy i
gdzie by się przebrał? Ba- łem się.
Joanna, matka Adama, pamięta: - Zebrał nas i
powiedział: "Kiedykolwiek, o jakiekolwiek porze dnia czy nocy
zadzwoni Gerard, natychmiast mnie powiadomcie, gdybym przypadkiem
był w toalecie albo spał".
Po Adamie
podróż pod komendę policji odbył Stefan. Ale obaj o tym wówczas nie
wiedzieli. Gerard dbał o to, by się nie kontaktowali. Z każdym
prowadził inną grę. Każdemu z nich mówił, że ten drugi jest
nielojalnym kolegą. Przestali się sobie zwierzać.
Gerard potrafił tak manipulować swą ofiarą, że w
największej nawet opresji mogła zapomnieć, że to on był jej sprawcą.
W pamięci zostawało to, że przychodził z pomocą. Kiedy pobity i
zaszczuty Adam głowił się, skąd wziąć pieniądze na dług, Gerard
poradził mu, by założył konto w banku i wypisał czeki. - Byłem mu
wdzięczny za ten pomysł - pamięta Adam. - Byłem niemal
szczęśliwy.
Założył konto w PKO BP.
Gerard podał nazwisko (Marek M.), na które Adam miał wypisać
dziesięć czeków. Każdy po 3 miliony starych złotych.
Była zima 1993 roku.
-
Gerard realizował czeki, a ja znów umierałem ze strachu. Ale panie w
okienku niczego nie podejrzewały.
Potem
trzeba było powtórzyć "numer" w PKO SA. A potem Gerard przepadł. To
dało Adamowi wytchnienie, ale tylko na chwilę. Bank zaczął dzwonić
do domu. Przyszła policja.
- Nie
pamiętam, kto pierwszy to zaproponował, ja czy rodzice. W każdym
razie musiałem się wymeldować z domu.
Błąkał się po kolegach. Bez pieniędzy, bez
nadziei, bez miłości. Adam stara się dziś zrozumieć dziewczynę z
kartek "Playboya", w której widział żonę. - Jak można wiązać się z
kimś, kto wciąż ucieka? Uciekał przed policją i przed Stefanem. -
Zacząłem podejrzewać, że Stefan gra na dwa fronty, że wystawił mnie
Gerardowi.
A Stefan uciekał przed
Gerardem. - Zacząłem spać u brata.
Gdy
"Długi" jechał do Francji (służbowym samochodem), łapał się z nim,
mówił sobie: "odsapnę psychicznie". Wczesną wiosną, wieczorem -
Gerard zaczepił Stefana pokojowo. Tylko zamienią słówko. - Chciał,
żebym wrzucił komuś granat przez okno - nawet teraz, po latach,
Stefan jest wzburzony. - Wkurzyłem się: O, nie! Sprawy gospodarcze,
to jeszcze, ale w kryminalne mnie nie władujesz!
Poczuł dumę, że umiał odmówić. Nie rozumiał tylko
jeszcze uśmiechu Gerarda na dźwięk słów "sprawy gospodarcze". Gerard
pożegnał się przyjaźnie - jak za dawnych
czasów.
U
Luizy
Był wiosenny wieczór około roku
przed śmiercią Gerarda. Gerard długo dzwonił do drzwi, zanim Luiza
otworzyła. Po raz pierwszy od rozwodu chciał porozmawiać. - Był
przerażony - pamięta Luiza. - Ubrany niechlujnie. Nerwowo się
rozglądał.
Chciała tej rozmowy. Dawno na
nią czekała. Zrobiła herbatę, postawiła kanapki, powiedziała "znów
tu byli", a on przylgnął do niej w milczeniu. Po długiej chwili
przeprosił i szepnął, że dłużej już nie może. - Co nie możesz -
pytałam. A on swoje: żebym jeszcze trochę wytrzymała, że wszystko
będzie jak dawniej.
I wyszedł.
Luiza ociera łzy nad zdjęciami. - Wiedziałam, że
Gerard chce mi coś ważnego powiedzieć. Ale on zawsze był
zamknięty.
W
żałobie
Matka Stefana umarła 2
kwietnia.
Nikt nie wie, dlaczego dostała
zawału.
W żałobie po matce Stefan
odnalazł Adama.
Adam poprosił go, by
zadzwonił do jego rodziców i powiedział, że u niego w
porządku.
Chwilowo zamieszkał u
Stefana.
Tuż po pogrzebie matki Stefana
zadzwonił Gerard z "ciekawą propozycją". Jutro wpadnie. Adam znów
poczuł dawny strach. Ale szybko się za to skarcił.
Gerard przybył z grupą kolegów, Polaków. Na
przywitanie Adam dostał pięścią w twarz. Potem w brzuch. I znów w
twarz. Polała się krew. Stefan stanął w jego obronie. Koledzy
Gerarda go uciszyli. Gerard odezwał się: "Adam jest mi winny 70
milionów złotych".
- Wściekłem się -
opowiada Stefan. - Odpaliłem: dam ci sto, ale odczep się od nas na
zawsze.
Gerard nie spuszczał Stefana z
oka, póki nie założył konta w banku i wypisał czeki pod jego,
Gerarda, dyktando. - Wolałem mieć na karku bank niż tego
typa.
Ale kilka nocy później Gerard znów
drapał w okno Stefana. - Po śmierci matki z buciorami wlazł do
mojego mieszkania - skarży się Stefan.
Wymienił zasłony na grube kotary. Barykadował się.
"Długi" nie rozpo-znawał brata. Znał Gerarda, czegoś się domyślał.
Mówił: "Zrób coś z tym, tak się nie da żyć". - A ja kłamałem: spoko,
wszystko jest pod kontrolą.
- Znów
zaczęło się chodzenie na smyczy - pamięta Stefan. - Gerard mówił, że
nie chce już pieniędzy, tylko żebyśmy dla niego pracowali.
"Praca" - na tamtym etapie - polegała na
dyspozycyjności. - Wyznaczał nam spotkania, czasem nawet trzy razy
dziennie, o różnych porach, w różnych miejscach. Przyjeżdżał albo
nie. Sam albo z kimś. Jeśli z kimś - wówczas awanturował się o
piętnaście sekund spóźnienia. Nawet jeśli byli przed czasem. -
Triumfował. W oczach tamtych był naprawdę kimś. - My obaj jak
zaszczute psy z podkulonymi ogonami - opowiada Stefan.
Adam przeprosił rodziców i zapytał, czy może
wrócić. Mógł, ale powinien uregulować sprawę z policją, która
nachodzi dom.
Prokuraturze wyjaśnił, że
zdebetował konto pod presją. Ze strachu.
Teraz rytm jego życia wyznaczał Gerard i policyjny
dozór.
W oczekiwaniu na ruch Gerarda, jak
za dawnych czasów, nosił babcię do toalety i karmił. A gdy pokłócił
się z nią o coś - płakał.
Gerard gdzieś
zniknął.
W połowie lata 1993 roku Adam i
Stefan wylegli z cienia i strachu. Paraliż po Gerardzie stopniowo
zaczynał puszczać. Znaleźli pracę u Kalabryjczyka, który nie patrzył
w dokumenty, tylko na to, jak kto sprzedaje. - Handlował mydłem i
powidłem - wspomina Adam. - Trochę ciuchów, buty jakieś. Do butików
wstawialiśmy.
Stefan szykował się też na
przedstawiciela firmy z Mediolanu - ekskluzywne kolekcje dla
przodujących dziś warszawskich salonów mody. Wynegocjował dobrą
pensję i lekcje włoskiego. Szykował grunt dla Adama.
Jesienią pewnego wieczora spotkał pod domem
Gerarda. Ten zagadał: "U Włocha robisz?", po czym zaproponował,
"żeby tego Włocha skubnąć".
Stefan
zrezygnował z pracy. Szef zatrzymywał. - Powiedziałem: panowie, coś
mi tu nie pasuje.
Kusili podwyżką.
Odszedł. - Wiedziałem, że Gerard zmusi mnie do jakiegoś przekrętu. I
tak trząsłem się za te czeki. A ja panicznie bałem się
więzienia.
Znów ograniczył krąg
znajomych. - Wiedziałem, że każdy, kto jest w pobliżu, może paść
jego ofiarą.
Czasem włóczył się po
mieście, gapił na roześmiane twarze, myślał: jak ja bym tak chciał.
Wlepiał oczy w poodsłaniane okna.
Zazdrościł.
Święta
Adam zatrudnił
się w firmie odzieżowej. - W oczach rodziców podreperowałem swój
wizerunek. Praca - dom - dozór, trzymałem się tego.
Był zaopatrzeniowcem - rozwoził po sklepach
garnitury i garsonki.
Czasem po drodze do
pracy podrzucał ojca służbowym autem. - Ojciec był dumny - wspomina
Adam. - Mawiał: nigdy nie myślałem, że mój syn będzie podwoził mnie
do pracy.
Święta i sylwestra Adam spędził
z rodziną. - Przykładna rodzinka, jak za dawnych lat.
W ostatniego dla siebie sylwestra Gerard zapukał
do Luizy pod wieczór.
- Sprawiał
wrażenie, jakby przed kimś uciekał - pamięta Luiza. - Wypłoszony jak
dzikie zwierzę.
Wyrzucała mu, że w święta
nie przyszedł. Córka już przestaje o niego pytać. Gerard odsłonił
brzuch i pokazał świeżą ranę w miejscu, gdzie operuje się
wyrostek.
Dziś Luiza wie, że operacja
była ucieczką do szpitala przed tymi, którzy jego z kolei nękali o
długi.
W swoją ostatnią sylwestrową noc
Gerard chciał być z Luizą, ale nie chciał rozmawiać ani siedzieć w
domu.
Wprosili się do znajomych. - Całą
noc z nikim nie rozmawiał, nie tańczył, nie pił, nie śmiał się -
wspomina Luiza.
Po sylwestrze znów
zniknął. - Czekałam na niego i bałam się tego, że czekam.
Cierpiałam. Byłam w matni. I bałam się tych jego egzekutorów. Pukali
coraz
częściej.
Nóż
Minął
miesiąc, jak Adam rozwoził garnitury. Pewnego dnia rozładował towar,
wraca do samochodu na zapleczu sklepu w śródmieściu Warszawy, a tu
Gerard wita go uśmiechem. Wsiadł do samochodu Adama, za nim dryblas.
Gerard przedstawił dresia-rza: "To >Młody<, mój ochroniarz,
potrafi zabić, w grudniu wyszedł z paki". I poprosił o "zaległe 15
milionów". Odjechali nad Wisłę, Gerard wyjął nóż, zmusił Adama do
objęcia ostrza, i pouczył: nóż pochodzi z morderstwa.
Adam wypomniał Stefanowi, że zdradził Gerardowi,
gdzie pracuje. Ste- fan wpadł w furię. - To psychol! Trzeba coś z
nim zrobić! Spójrz na nasze życie!
Adam
zgadzał się ze Stefanem. Gerard ich życie zamienił w piekło. Ani
planów, ani
nadziei.
Staś
Pewnego
wieczora, nękany przez Gerarda Stefan pękł: "Mam gościa, takiego
Stasia w Katowicach, który kilka lat temu nie zapłacił mi za wózki
dziecinne. Przysięgasz, że jak ci go wystawię, znikniesz?".
Gerardowi adres nie wystarczył. Zażądał, by Stefan
pojechał z nim do Katowic.
Pojechali:
Gerard, Stefan i "Młody". Gerard miał długopis, który strzela i może
zabić. Rozkazał Stefanowi poczekać za drzwiami. Gdy - wezwany -
wszedł po kilkunastu minutach, to z trudem rozpoznał swego dłużnika:
siedział za biurkiem, mały, spocony, nierzeczywisty. Na stole leżało
300 dolarów. Gerard triumfował.
- Jak się
czułem? - w więziennej sali widzeń Stefan powtarza pytanie. - Wtedy
wiedziałem, że tym biednym Stasiem spłacam swój dług. Ja już byłem
martwy. Ten mały przerażony człowieczek przede mną - to byłem
ja.
Rysa
Kilka
nocy później, o trzeciej, Stefana ze snu wyrwało drapanie w okno.
Przez szparę w kotarze ujrzał Gerarda z "Młodym". - Ten człowiek
nigdy się nie odczepi.
Postanowił, że
zacznie śledzić Gerarda.
I widział, jak
Gerard wsiada do autobusu. Raz, drugi.
Pocieszał siebie i Adama: Gerard nie jest tak
mocny, jak się wydawało, skoro jeździ autobusem.
Ledwie pocieszył się, że Gerard słabiutki, już pod
blokiem Stefana stoi tempra z Gerardem, który pyta o dług.
"Jeździ temprą - widziałeś? - przerażony Stefan
zadzwonił do Adama. - Jednak silny. Ktoś za nim stoi".
Adam już nie umiał rozważać: silny czy słaby?
Przyciśnięty przez Gerarda, koncentrował się na planie napadu na
swoją firmę odzieżową.
- Miało być tak:
popsuł mi się samochód. Poszedłem do telefonu, żeby zgłosić szefowej
problem i kie- dy wróciłem, z samochodu zniknął towar.
Prawda wyglądała tak, że Adam miał przełożyć towar
ze służbowego samochodu do tempry.
-
Byłem tak zdenerwowany, że odjeżdżając "po akcji", drasnąłem drzwi
tempry. Gerard wpadł w furię, "Młodemu" kazał mnie
poturbować.
Cienką rysę Gerard wycenił na
trzy tysiące dolarów.
Gerard groził, że
jeśli w ciągu trzech dni nie zwróci długu, skrzywdzi jego małego
siostrzeńca.
Coś
zrobić
Późnym wieczorem Stefan szedł z
Jolą ulicą. Usłyszeli klakson. - W pierwszym odruchu chciałem
zwiewać - pamięta Stefan. - Ale w przebłysku świadomości pomyślałem
o Jolce. Weźmie mnie za świra.
Auto z
piskiem opon zatrzymało się obok. Elegant machał do niego radośnie.
Pomyślałem: gość się pomylił. Nikt z mazdy nie zaczepiłby takiego
dziada jak ja.
Ale facet krzyknął jego
imię. To był Tadeusz, z którym Stefan robił dawniej interesy.
Chodzili na dyskoteki. - Spotkanie z Tadkiem unaoczniło mi, jak
nisko spadłem. On - pewny sie-bie, w superwozie, uśmiechnięty. Ja -
zdeptany ogryzek.
W głowie Stefana już
chodził kalkulator: będzie miał od kogo pożyczyć na dług dla
Gerarda.
Tadeusz rzucił politologię dla
marketingu. Był na drugim roku. Jak więk-szość kolegów, dorabiał.
Ostatnio pośredniczył w handlu samochodami.
Ucieszyło go spotkanie. Chciał to uczcić, namawiał
na dyskotekę, do pubu. Stefan udawał, że się śpieszy. - Dla mnie
Tadek był gościem ze świata, z którego ja już wypadłem.
Umówili się na kiedy indziej.
Tadeusz siedzi w sali widzeń warszawskiego
więzienia. Policzki mu płoną. Mówi szybko, dużo gestykuluje. Ubrany
w dżinsy i beżową bluzę.
Mówi, że los mu
sprzyja. Pracuje w więziennej kantynie przy sali widzeń. Nazywa ją
przedsionkiem wolności.
Pamięta tamto
spotkanie ze Stefanem. Wydał mu się dziwny. - Myślałem, że ma dół w
interesach, chciałem mu pomóc. Tak jak on mnie kiedyś. Ale Stefan
mówił wymijająco. Kręcił. Jak powiedzieć Tadkowi "pożycz"? Tliło się
w nim jeszcze trochę dumy.
Jechali z
Tadkiem odwiedzić Adama, kiedy Stefan wydusił z siebie: "Pożycz 2000
dolarów". Tadek uśmiechnął się przyjaźnie i odpowiedział: "Spróbuję
dać ci zarobić".
Ale Stefan potrzebował
pieniędzy natychmiast.
Więc gdy Adam
wyszedł przed blok, Stefan nie wytrzymał napięcia. Napadł na niego:
to jego dług, niech spłaca, niech pożyczy od ojca, bo on już nie ma
siły. A Adam: tylko nie to, nie od ojca.
Tadek to pamięta. Patrzył na Adama i nie wierzył,
że to ten sam, wesoły, biznesmen. Dusza towarzystwa.
W końcu Stefan wyjaśnił Tadkowi, że mają gościa,
który ich prowadza na smyczy.
Tadek
powiedział: "Coś z tym trzeba zrobić".
W
jakimś momencie, nieuchwytnym dla Adama i Stefana, skończył się etap
poszukiwania pieniędzy. Zaczął się nowy: jak się uwolnić od
Gerarda.
"Długi" kolejny raz powtarzał:
złomotać gościa.
Przemiana
Gerarda
A Gerard siedział obok Luizy i
płakał. - Pierwszy raz widziałam, jak Gerard płacze. Opowiadał, że
jakiś czas temu przy pewnym interesie, który nie wypalił, ktoś
przyłożył mu broń do skroni i zmusił do podpisania dokumentu, z
którego wynikało, że ma zwrócić dług.
Dług, którego - jak twierdził - nie miał. Około
miliarda starych złotych. Podpisał i musi oddać, jak nie - ma
wyrok.
Dręczą go, prześladują, grożą.
Płakał coraz mocniej. Musi wyjechać za granicę. - I błagał o
wybaczenie - wspomina Luiza. - Chciał wrócić, chciał wszystko
cofnąć. Obiecywał, że coś wymyśli na nowe życie. Ale ja już mu nie
wierzyłam.
Wtedy, w lutym - może na
miesiąc przed śmiercią - Luiza zrozumiała, że Gerard się boi. Może
tych, co się nad nim pastwili? A może bał się tego, że był taki
okrutny dla innych? Może przeraził się siebie?
Czasem Luiza myśli, że Gerard chciał umrzeć. Czuł,
że jemu już nic nie pomoże. - Ja przynajmniej to w nim czytałam. Za
każdym razem, kiedy przychodził, to było tak, jakby czekał na
receptę: jak żyć!? Ale ja nie umiałam mu jej dać, bo nic o nim nie
wiedziałam.
Sama takiej recepty
szukała.
Kto
pierwszy
Był luty. I znów ubrany w
maskę siłacza Gerard zadzwonił do Adama. Zadzwonił o północy, będzie
za godzinę. Jest sprawa do zrobienia. Adam ma być w garniturze. Adam
zszedł w dresach. Gerard zdziwił się, ale był miły. Wesoły. - Kazał
mi wrócić po garnitur. Jedziemy do Katowic. Ja jako kierowca
(później okazało się, że auto było skradzione) i jako ten, który w
Katowicach zrobi dla niego sprawę. Pomyślałem: już po mnie.
Wrócił do domu. Usiadł i się rozpłakał. -
Widziałem się martwego.
W kuchni leżał
nóż, Adam włożył go pod koszulę. Zszedł i powiedział, że nie
pojedzie. Gerard zaczął go przekonywać. - Nie wiem, jak on to
zrobił, ale wróciłem do domu z przekonaniem, że muszę jechać. Włożył
garnitur, obudził matkę i szepnął, że wyjeżdża z Gerardem. - Czułem,
że to moja ostatnia podróż.
Świtało, gdy
dojeżdżali do Katowic. - Byłem tak szczęśliwy, że żyję, że zrobiłbym
wszystko dla Gerarda.
Gerard naświetlił
Adamowi zadanie: będzie "pruł konto", czyli dostanie czeki, pójdzie
do banku i podejmie 100 milionów. Powtórzy to dziesięć
razy.
Adam był przerażony. Ale nie
"pruciem". Przeliczył swoje życie na czeki. - Podejrzewałem, że
Gerard planuje ucieczkę za granicę, po to potrzebne mu pieniądze. Ja
mu wybiorę, a on mnie zabije jako głównego świadka.
Ale na pierwszym czeku brakowało stempla.
Pośrednik nawalił. "Prucie" odroczone. Gerard wściekły.
Potem było jeszcze kilka takich wyjazdów. Za
każdym razem Adam "umierał", a Gerard tracił cierpliwość. Musiał
mieć te pieniądze. To utwierdzało Adama w przekonaniu, że jego życie
mieści się w granicach tych fałszywych czeków. Póki nie wypłaci -
pożyje. Ta myśl kładła go wieczorem i budziła z letargu.
Adam przypuszcza, że myśl o zabiciu Gerarda
narodziła się w jego głowie podczas tych wypraw do Katowic. - To
były moje umierania. I wtedy chyba moja podświadomość musiała
powiedzieć: kto kogo pierwszy?
Rozmowa
o Jolce
Gerard zainteresował się
Tadkiem, gdy usłyszał, że pośredniczy w handlu samochodami. Kogoś
takiego właśnie szukał, chciał sprzedać temprę. Tadkowi nie trzeba
już było bliżej przedstawiać Gerarda. Uważał, że sprzedaż samochodu
pomoże kolegom.
U Stefana Tadek obejrzał
dokumenty, sprawdził numery. - Powiedziałem Gerardowi, że nazwisko
się nie zgadza - wspomina Tadek. - Jak sprzedać cudzy
samochód?
Dla Gerarda nie było problemu:
po to jest Tadek, żeby się tym zajął. Przerejestruje na kogoś i
sprzeda.
A potem wyruszyli "na sprawdzian
techniczny". Było ciemno. Kierowca, czyli Gerard, każdemu
przydzielił miejsce: obok niego - Stefan, z tyłu "Młody". Tadkowi
kazał usiąść za nim, obok "Młodego".
-
Krążyliśmy po ciemnych uliczkach - wspomina Tadeusz. - Chciałem
zapytać, czy mogę poprowadzić, ale w samochodzie wisiała jakaś
groza. Stefan milczał, nie oglądał się.
Z
głośników płynęła muzyka poważna. Gerard zatrzymał samochód przy
gazowni na Woli. Zapalił światło. - I wtedy spostrzegłem, ze Stefan
jest związany rzemieniem.
- Nagle "klik"
i oparcie fotela Gerarda wylądowało na mnie - wspomina Tadek. -
Poczułem, jak się wbijam w siedzenie, nie mogę tchu złapać.
Wiedziałem o Gerardzie, ale dopóki to mnie nie
dotknęło - nie czułem strachu.
Teraz
poczuł dreszcz.
I teraz, w ciemności pod
gazownią, poczuł tamto zimno Adama.
Gerard rzucił do "Młodego": "Sprawdź go". I do
Tadka: "Jak coś znajdziemy, idziesz pod krawężnik". "Młody" obmacał
Tadka. Nic nie znalazł. Jeszcze chwila w napięciu i siedzenie
Gerarda wróciło do pionu. Był miły, uśmiechnął się i przeprosił
Tadka.
Kilka dni później spotkał Tadka
pod blokiem i zarzucił, że sprzedaż tempry się wlecze. - Byłem
zaskoczony. Skąd wiedział, gdzie mieszkam?
Tadek wybełkotał, że jeszcze nic nie wie, szuka. -
Na to Gerard przestrzegł mnie: "Musisz skoncentrować się na
sprzedaży, bo ja już poniosłem pewne koszty. Uważaj, bo i ty możesz
ponieść koszty". I zapytał, czy na razie - w ramach rozliczeń - nie
mógłbym załatwić mu kilku recept.
Tadka
znów przeniknął dreszcz. Skąd Gerard wiedział, że jego dziewczyna
jest pielęgniarką?
Pewnie Gerard
dostrzegł przerażenie Tadka, bo kiedy odchodził, klepnął go
przyjaźnie i powiedział, żeby się nie martwił, wszystko się ułoży,
samochód dobrze sprzeda, a tymczasem niech pamięta o receptach. -
"Co się tu dzieje?", zapytałem Stefana - wspomina Tadeusz. - Stefan
burknął, że Gerard wszystko wie. I opowiedział zdarzenie sprzed
kilku dni: zdaniem Gerarda dług Stefana urósł do pięciu tysięcy
dolarów.
Stefan tłumaczył, że nie zdoła
zebrać takiej sumy. Na to Gerard wyjął zdjęcie Jolki i zaczął
opowiadać: tu pracuje, tu studiuje, o tej wychodzi z psem, a
przedwczoraj miała na sobie niebieską bluzkę. I zagroził, że jeśli
Stefan nie odda długu, on zadba o to, by Jolka znalazła się w
niemieckim domu publicznym. Na dowód pokaże mu film, jak ją
gwałcą.
- I wtedy pękłem: o, nie ty
glisto, to musi się skończyć.
Słowa
"Długiego", który dawno radził: "obić go!", nagle nabrały
zna-czenia.
Adam i Stefan spytali Tadka,
czy pomoże poturbować prześladowcę. - To było oczywiste - wspomina
Tadek. - To tak, jakby pytali, czy pójdę z nimi na piwo.
Pomoc zadeklarował "Długi" i jego przyjaciel
Jarek.
Plan
Dochodził ósmy
marca 1994 roku. Ustalili: Tadek powie, że znalazł kupca na temprę,
umówią Gerarda u Stefana w domu. "Długi" i Jarek obezwładnią Gerarda
(i "Młodego", bez którego Gerard się nie ruszał) i zwiążą ich. Potem
zadzwoni "mocny człowiek", który stoi za nimi, i postraszy Gerarda,
może wezwie go na rozmowę. Będzie to "wycieczka" po lesie. Przewiozą
ich po ciemku, w nieznane - zrobią to samo, co oni robili z nimi. Na
końcu pobiją, nagich przywiążą do drzewa. - Chcieliśmy ich pobić -
wspomina Stefan. Wybić zęby, przetrącić nogi. Ale myśl o zabiciu
czaiła się chyba w naszych głowach. Kiedy mówiliśmy: "coś z nim
zrobić", tym "czymś" mogło być właśnie zabójstwo. To się czuło.
Byliśmy u kresu wytrzymałości.
Umówili
się na 7 marca. Gerard nie przyjechał. W Katowicach zatrzymało go
coś pilnego - jak mówił. I przełożył spotkanie na 8 marca.
Wieczór 8 marca, mieszkanie "Długiego" i Stefana.
Gerard dotarł z "Młodym" o umówionej porze.
Tadek wyjeżdża z "Młodym" do klienta, Adam, Stefan
i "Długi" z Jarkiem powalają Gerarda. Krępują taśmą samoprzylepną.
Gerard się śmieje. Z zakneblowaniem mają kłopot, Gerard udziela
instrukcji, jak to zrobić fachowo. Ale okazuje się to niepotrzebne,
bo Gerard nie zamierza krzyczeć. Jest skrępowany, ale rozbawiony.
Okazuje się, że nie miał - jak zwykle - broni, ale pałkę.
Przeszukują Gerarda, odbierają swoje dowody, Adam
zatrzymuje paszport Gerarda i jego zdjęcie.
Mija pół godziny. Wchodzi "Młody" z Tadkiem.
Samochód nie zainteresował klienta. "Długi" i Jarek obezwładniają
"Młodego". "Młody" płacze, wyjawia, że - tak jak oni - jest na
smyczy Gerarda. Goryluje mu ze strachu. Gerard się śmieje. "Długi"
przeprasza "Młodego", ale zadał się z niewłaściwą osobą, więc
podzieli jego los. Krępuje go taśmą.
Gerard pyta, o co chodzi. Stefan odpowiada:
"Przeszkadzasz nam żyć koleś, przeszkadzasz pracować. O to
chodzi".
Akcja zaczyna się rwać. W jednym
pokoju Adam, Stefan i Tadek rozważają: co robić? Oczekiwali, że
Gerard się wystraszy, a on się im w twarz śmieje, zaczyna grozić.
Wpadają w popłoch. Stefan zaczyna płakać, histerycznie biega po
pokoju. Nie tak miało być, Gerard miał być przerażony.
W drugim pokoju: Gerard i "Młody" spętani taśmą. Z
nimi "Długi" i Jarek. - W tym pokoju sytuacja zrobiła się groteskowa
- wspomina "Długi". - Jakbyśmy się na kawie spotkali. Gerard
zbytkował. Głupio mi się zrobiło.
Gerard
nieoczekiwanie powiedział: "Nawet jak mnie zabijecie, to i tak
niewiele mi zostało". Rozśmieszył mnie. Sprostowałem: "Nikt nie
zamierza cię zabić. Tylko musisz się od nich odczepić". Na to on:
"Adama i tak zajebię". Powiedziałem, że bzdury plecie, ale widząc
jego szyderczy uśmiech, poprosiłem: "Wiem, że bredzisz, ale mu tego
nie mów". Chodziło mi o to, że Adam był już u kresu wytrzymałości i
bałem się.
Do pokoju wchodzi Adam. Dziwny
jakiś, pobudzony. Uzbrojony w siłę Gerarda, odgrywa egzekutora.
Gerard grozi Adamowi. Adam wraca do kolegów. Tkwi w nim siła
Gerarda. Zapada decyzja: on z Tadkiem pojadą po wódkę. Gerard nie
pije, podejrzewali, że ma wszyty esperal. Zmuszą go do wypicia, to
może się złamie.
- Postrach miał trwać
pół godziny - wspomina "Długi". - Dlatego z Jarkiem się zgodziliśmy.
Później mieliśmy siłownię, a potem czekały nasze dziewczyny. Był
Dzień Kobiet.
Ale Adam z Tadkiem
przepadli. - Zacząłem się wściekać. Gerard i "Młody" spętani, ja ich
muszę pilnować, zabawiać, a tematów do rozmowy zaczęło mi
brakować.
Gerard coraz częściej grozi,
chyba dostrzegł przerażenie w oczach chłopaków. Co robić?
Tymczasem Adam i Tadek jeżdżą po sklepach. Adam
kupuje foliowe worki, wódkę, strzykawki, gumowe rękawice. Działa jak
w transie. Zdecydowany, pewny siebie. Zahacza o dom, Tadkowi robi
herbatę. Sam przebiera się, coś do torby pakuje. Tadek wypija
herbatę. Wychodzą.
Do
mieszkania Stefana wracają po dwóch godzinach. Co dalej? Narada,
szepty. Adam nabiera wódki do strzykawki. Któryś go powstrzymuje:
coś ty! Byś go tym zabił! Adam rezygnuje. Dochodzi północ. Dzwoni
telefon. To do Gerarda: "Mocny człowiek", który stoi za Adamem i
Stefanem, chce z nim rozmawiać. Muszą do niego przyjechać.
Mistyfikacja. Tylko Gerard i jego ochroniarz o tym nie
wiedzą.
Stefan pamięta: - Wychodząc,
wzięliśmy nóż kuchenny. Pierwszy z brzegu, do krojenia
chleba.
"Długi" i Jarek pomagają jeszcze
wyprowadzić Gerarda i "Młodego". Żegnają się pod blokiem.
- W autobusie Jarek mówi do "Długiego": "Chyba w
gówno wdepnęliśmy". Coś ty - uspokoiłem go. - Dostaną i rozejdzie
się po kościach. Lepiej pomyśl, co powiemy dziewczynom.
Tadek, Adam, Stefan, Gerard i "Młody" wsiadają do
tempry Gerarda. Tadek na razie jako
kierowca.
Przemiana
Adama
Noc z ósmego na dziewiątego
marca 1994 roku. Krążą dwie, może trzy godziny po lasach wzdłuż
Wisły. - Chcieliśmy, żeby ta groza w nich narastała - mówi
Stefan.
Gerard poprosił o poprawienie
taśmy, ręce mu drętwieją. Tracił cierpli-wość. - Groził, że jak to
wszystko się skończy, to mnie zabije - wspomina Adam.
Dojechali w okolice Maciejowic.
Adam i Stefan wyprowadzają Gerarda z samochodu.
Tadek z "Młodym" zostają w samochodzie. Tadek częstuje "Młodego"
papierosem, gadają, ciemno, zimno, z głośników płynie
muzyka.
Sto metrów dalej Gerard leży na
ziemi. Adam nad nim z nożem i długopisową latarką w zębach. Nie ma
szarpaniny i krzyków. Jest cichy głos Gerarda: "Proszę, nie zabijaj
mnie. Mam żonę i córkę". Adam odpowiada: "Przykro mi, ale muszę to
zrobić".
- Mój kuchenny nóż w sercu
Gerarda - tak ten moment pamięta Stefan.
Po kilku minutach w samochodzie zapaliło się
światełko. To Adam otworzył drzwi. - Spokojny był - pamięta Tadek. -
"Teraz ty", powiedział ciepło do "Młodego", a potem do mnie: "Chodź
Tadku, pomożesz". Przeraziła Tadka nie ciemność, lecz spokój Adama i
powiedział: "Zostanę, samochodu popilnuję". "No chodź" - powtórzył
Adam tak łagodnie, że aż zgrzytnęło.
- W
takiej sytuacji myślenie przeszkadza - mówi Tadek. - Trzeba się
poddać? Spokój Adama mówił więcej niż cokolwiek. Po co zbędne
pytania? Czego się boję? Tego niezwykłego spokoju tak rozedrganego
do niedawna kolegi?
- Nie myśleć -
powtarzał w sobie Tadek. Nie panikować. Działać.
Do Tadka należało przytrzymanie nóg "Młodego", bo
się trzęsły jak galareta. Trzymał jak należy, silny przecież, blisko
190 cm wzrostu, słuszna waga. Odwrócił głowę. Nie patrzył, co się
dzieje. - Zakończyć tę noc - powtarzałem sobie.
Stefan trzymał głowę, a Adam nożem odbierał życie
"Młodemu". Chwilę przedtem przeprosił "dziecinkę" za to. Ale już nie
może inaczej. Działał tak, jakby rosła w nim siła Gerarda, który w
mieszkaniu Stefana, spętany, mu groził.
I
konsekwencja, taka sama, z jaką Gerard żądał od nich wymyślonego
długu. Teraz należało rozebrać cia- ła. (Dlaczego Gerard miał na
sobie dwie pary dżinsów? - zastanawiali się potem).
- Działaliśmy jak nakręceni - pamięta Stefan. -
Lawina poszła. Cofnąć się? Dokąd?
A potem
Adam powiedział tak samo rzeczowo i bezdyskusyjnie, jak zaw-sze
przemawiał do nich Gerard: "Teraz muszę popracować nad głowami".
Musieli zapalić światła samochodu, bo nie było księżyca.
I po lesie poniosło, jakby ktoś drzewo rąbał. -
Staliśmy z Tadkiem jak w hipnozie - wspomina Stefan. - Jakby to nas
nie dotyczyło, jakbyśmy film jakiś oglądali.
Zwłoki należało powkładać w worki. Osobno ciała i
głowy. Ciała wrzucili do Wisły.
Głowy
też. - Chyba je w końcu z worka wysypałem - usiłuje sobie
przypomnieć Adam.
Ale nikt nigdy głów nie
odnalazł. (- Musiały pójść gdzieś bardzo głęboko - wnioskuje
Luiza).
Wrócili w milczeniu. Sączący się
z głośników tempry koncert skrzypcowy przypominał
przeszłość.
Dość! Adam wyłączył kasetę.
Nie ma Gerarda, nie ma jego muzyki. Jest wolność! - Tak ogromnej
ulgi w życiu nie doznałem - pamięta. - Nareszcie przestałem się
bać.
W domu Stefana byli około
szóstej.
Położyli się spać.
- Obudźcie mnie w południe, muszę babcię do
dentysty zaprowadzić - poprosił Adam kolegów. Spojrzeli po sobie
zaskoczeni. W takiej sytuacji myśleć o babci?
Joanna pamięta "dzień po". Czekały z babcią na
Adama. Spóźniał się, a wizyty nie można było odwołać. Joanna
ściągnęła córkę, która musiała się zwolnić z pracy. Wracając od
dentysty, spotkały pod blokiem Adama. Niósł kwiaty dla babci i
matki. Prosił o wybaczenie, coś pilnego mu wypadło. - Nie mogłem
przecież powiedzieć: "Przepraszam, ale właśnie kogoś zabiłem i
dlatego"...
"Synu, byś coś z sobą zrobił"
- powtórzył ojciec przy kolacji. Był z nimi Stefan. Pamięta Adama z
tamtego wieczora. - Dawno go takim nie widziałem. Rozluźniony,
rzeczowy.
Obiecał rodzicom, że właśnie
się bierze za siebie. Mówił to z takim samym przekonaniem, jak
Gerard o kredycie.
Strach
przed policją był niczym w porównaniu z tym, który pchnął go do
zbrodni. - Zabiłem, żeby zacząć żyć. Wziął kilkuletniego siostrzeńca
na kolana, tulił go. Był ciepły, opiekuńczy. - Patrzyłem na tę
rodzinną idyllę - wspomina Stefan. - Adam przerażał mnie i
fascynował. Jak skała! - myślałem. - Facet ze skały. I żal mi się go
zrobiło. Myślałem: Boże, mój wrażliwy przyjaciel. Jeszcze
kilkanaście godzin temu wbijał mój kuchenny nóż w serce człowieka, a
teraz potrafi być tak bardzo normalny. Do czego człowieka można
doprowadzić?
Joanna inaczej pamięta
tamten wieczór. - Stefan wybiegał za mną do kuchni, ożywiony. Z
rozgorączkowaniem kreślił wizję jakiegoś wielkiego
biznesu.
Gerard w
sercu
Na parę godzin przed śmiercią
Gerard pukał do drzwi Luizy. Kilka dni później sąsiadka wystawiła
głowę i szepnęła Luizie, że pytał o nią (z tego szeptu Luiza
wywnioskowała, że sąsiadka o wszystkim wie). Czekał długą chwilę,
Dzień Kobiet był. Luiza była z córką u siostry. Mierzyły Alicji jej
suknię ślubną, i na niej rysowały komunijną. Bez grosza przecież
były.
Ostatni już raz Luiza rozkłada
zdjęcia Gerarda. - Tyle wspólnych lat, a tak mało o nim wiem.
Znalazłam w jego rzeczach "Cztery pory roku Vivaldiego". Nie
wiedziałam, że lubił taką muzykę. Luiza wraca do zdjęć.
Głowę Gerarda na jednym z nich ktoś obramował
sercem z kreseczek. Luiza jest zaskoczona i zdenerwowana. - Musiała
to zrobić córka. Ale skąd ona wie o tej głowie?
Luiza powiedziała Alicji, że oj- ciec zginął w
wypadku samocho- dowym.
Znowu
strach
Wisła nie chciała nieść ciał
Gerarda i "Młodego", więc Marianna, rolniczka spod Góry Kalwarii,
znalazła je o świcie. Gazety pisały, że to mafijne porachunki. No bo
któż mógł obciąć głowy? W jednej napisano, że zabójcy grali nimi w
piłkę.
Po zabójstwie strach w Stefanie
wzmógł się na nowo. Bał się, że o Gerarda upomną się "jego ludzie".
Przyjdą, zabiją w ramach porachunków.
Adama ogarnął spokój, jakiego dawno nie doznawał.
- Nareszcie czułem się bezpieczny - mówi. - To niesamowite uczucie.
Nie bać się.
W kieszeni znalazł paszport
Gerarda. Spalił go i obserwował, jak z mostu spada w ogniu ku
Wiśle.
Ubrania spalili tamtej nocy.
Należało jeszcze zniszczyć samochód - dowód zbrodni. Tadek z
"Długim" pojechali pod gazownię, tam gdzie Gerard wystraszył Tadka.
Oblali wóz benzyną. - Nie wiedziałem, że samochód może spłonąć w 10
sekund - dziwi się "Długi".
Dziewczyna
Stefana, Jola, kupiła bilety na komedię. - Ludzie się śmiali, a ja
im zazdrościłem.
Pod koniec filmu zapytał
Jolę, czy będzie przynosiła mu paczki na Rakowiecką? Zaczęła
płakać.
Stefan przyznał się pierwszy. Po
24 godzinach. - Poczułem spokój. Ale powrót do wydarzeń wywoływał w
nim łzy i torsje.
Stefan wspomina: -
Znajomi mówią, szlachetny, sam oddał się w ręce policji. A ja
zgłosiłem się ze strachu.
Jolka przysłała
list, że kocha i nic ich nie
rozłączy.
Sen
Adam
mówi: - Nie miałem zamia- ru się przyznawać. W pierwszej chwili
byłem zły na Stefana. Policja nie miała dowodów. Pomaglowałaby i
puściła.
Głównym pragnieniem Adama było
wówczas sprostać oczekiwaniom rodziców.
Ta myśl wykluczała przyznanie się do winy.
Zachowanie się Stefana jednak ustawiło Adama w innej sytuacji. - Po
paru minutach zacząłem czuć w sobie jakiś ożywczy spokój.
Przyznać się. Tyle spokoju zawiera w sobie to
słowo. Dlaczego wcześniej na to nie wpadł? - Jak z więzienia
udowodnić rodzicom, że jest się dobrym synem? Jak pokazać, że jest
się dobrym, kiedy zabiło się dwóch ludzi?
To, że umiał powiedzieć: "to ja zabiłem",
uspokoiło go. - Kiedy to wymówiłem - poczułem wdzięczność dla
Stefana.
A potem usnął. Spał w
nieskończoność. Budzono go na kolejne przesłuchania. I znów sen. -
Wszyscy się dziwili, jak ja mogę tyle spać. Jak ja w ogóle mogę
spać? A ja czułem, jakbym wiek cały nie spał.
Rodzice napisali Adamowi, że nie wierzą w jego
winę.
Potem, gdy powiedział: "to ja",
zapytali, jak mu pomóc. Joanna nie pamięta pierwszych listów do
syna. - Całe życie mi się zamazało.
Pół
roku później umarł ojciec Adama. Joanna nie chce obwiniać syna. - To
rak zabił męża.
Adam jest dla siebie
mniej wyrozumiały. - Wiem, że przyczyniłem się do śmierci
taty.
Szepcze tak, jakby nie chciał być
usłyszany: - Bóg wiedział przecież, jak bardzo go kochałem.
(- Nie mieszajmy do tego Boga - irytuje się
Joanna. - On ma swoje sprawy).
Więzienie
Adama,
Stefana i Tadka przewieziono z Rakowieckiej do więzienia w
Białołęce. Nie wracali do sprawy, która ich tu przywiodła.
Przynajmniej w rozmowach.
Adama
przydzielono do celi z Tadkiem. Zbliżył ich film, literatura i - jak
precyzuje Tadek - metafizyka życia i śmierci.
W samotności, po kilka godzin dziennie, Stefan
ślęczał nad planszą z sześ-cioma tysiącami kawałków, które należało
ułożyć w całość. Po pół roku wyłoniło się morze, słońce, plaża. -
Dziś wiem: życie to puzzle. W moim nic do siebie nie pasowało. Ale
to zrozumiałem dopiero w więzieniu.
Listy
od Jolki były coraz cieńsze. Po szesnastu miesiącach Stefan otworzył
ten, którego się bał. - I tak długo wytrzymała - tłumaczy ukochaną.
- Ja jestem tu, z ćwiarą na karku, a ona wolna, piękna.
Przeprosił ją, że zawiódł. I przestał myśleć o
miłości. - W kryminale nie wolno mieć nadziei, marzeń,
oczekiwań.
Tak mówi. Ale kilka godzin
dziennie uczy się angielskiego, chce studiować marketing. - Jak
wyjdę, będę miał pięćdziesiąt kilka lat. Wielu ludzi w tym wieku
zaczyna od nowa. Ja też mogę.
Stefanowi
dokuczał żal, że wrobił "Długiego". - Nigdy sobie tego nie
wybaczę.
Przez kraty widział, jak brat
idzie w kajdankach.
Na "Długiego" czekał
awans. Miał zostać przedstawicielem francuskiej firmy na Polskę.
Padało, gdy wieźli go na Rakowiecką. - Szczypałem się - opowiada
"Długi". - Chciałem się
obudzić.
Matki
Danuta,
matka Tadeusza, piękna kobieta, pokazuje jego pokój ze wzruszeniem.
Urządzili w nim z mężem sypialnię, żeby być bliżej syna.
Młodsza siostra Tadka, Ania (wówczas 15 lat), gdy
usłyszała o Tadku w kajdankach, wzięła psa i wyszła. Pod blokiem na
huśtawce przepłakała kilka godzin. Wróciła i powiedziała rodzicom:
"Boga nie ma".
I nigdy już nie weszła do
kościoła.
Danuta przeciwnie - uważa, że
wiara pozwala znieść to, co na nią spadło.
Najpierw rozpadła się jej firma. - Wspólniczka
uznała, że skoro mam syna w więzieniu, to znaczy, że okradam firmę,
żeby mieć na paczki dla niego.
Wspólniczka była jej najlepszą przyjaciółką. Tak
Danuta myślała.
Potem widziała, jak
ojciec płacze. Wspomina: - Tata opowiadał, że przejeżdżał autobusem
ulicą Rakowiecką i kiedy zobaczył więzienie, zasłabł. I pytał w
myślach Boga: dlaczego mój ukochany wnuczek musi tu być?
Dziadek najpierw przestał palić papierosy, później
przestał jeść, a w Boże Narodzenie przestał oddychać.
Sąd zezwolił Tadkowi na udział w pogrzebie, ale w
kajdankach i pod eskortą policji. Nie skorzystali z tego.
Joanna unika windy i ludzkich spojrzeń. Boi się
wychodzić z domu.
Szuka pracy. Po śmierci
męża współwłaściciel zagarnął cały majątek.
Joanna z dnia na dzień znalazła się bez środków do
życia. Ktoś jej wyszukał dobrego adwokata, ale Joanna nie ma na
honorarium. Wyprzedaje bibliotekę męża.
Dramat syna zamknął stare przyjaźnie, ale dał
nowe. Z matką Tadka, Danutą, i bratem Stefana - "Długim". Dzwonią do
siebie, spotykają się. - My jedni tak naprawdę wiemy, że nasi
chłopcy, to nie zgraja łobuzów, tylko życie ich wplątało - mówi
Joanna. - Rozumiemy się i wspieramy. A co najważniejsze: możemy
swobodnie o tym ze sobą rozmawiać.
Raz w
miesiącu Joanna kupuje bilet za sprzedane książki i pociągiem rusza
do Iławy. W więziennej sali widzeń opowiada Adamowi o tym, jak jej
ciężko. I jego siostrze też ciężko: ostatnio odłączyli telefon, bo
nie miała czym zapłacić. Sama przecież wychowuje syna.
Przez sześć lat ani razu w rozmowie z Adamem
Joanna nie dotknęła historii, która sprawiła, że syn jest w
więzieniu. - Po co wracać? Najważniejsze, że to nie mój syn leży w
Wiśle.
Czasem Adam chciałby o tym
porozmawiać z matką, ale - jak zawsze - szanuje jej zdanie.
Tamtego marca sześć lat temu matka Gerarda ubrała
w garnitur ciało bez głowy, po czym przywarła do niego. Oderwał ją
dopiero psychiatra. Nie umie rozmawiać o Gerardzie.
Jego brat też. - Żaden dziennikarz nie zapytał:
kim był brat? Tylko pisali, że diabeł, a tamci to aniołki.
Ale i dziś - choć czekał tyle lat - nie jest gotów
do rozmowy. - W ostatnich dwóch latach gdzieś zniknął, nie wiemy, co
się z nim działo, ale to nie był zły człowiek.
Na pytania podczas procesu Luiza odpowiedziała
krótkimi zdaniami.
Uświadomiła sobie, że
odczuwa dziwną więź z Adamem i Stefanem. - Przecież ja znałam ten
strach, o którym oni opowiadali, ja go
czułam.
Widzę
plusy
"Długi" spędził w więzieniu trzy
lata.
Kilka dni po wyjściu spotkał na
ulicy Gerarda. Pot, gorąco, miękkie nogi. Facet podobny. Potem
jeszcze raz go widział, przeprowadził się do innego miasta. Tym
bardziej że dziewczyna, z którą mieszkał przed więzieniem,
oczekiwała nie jego dziecka.
Zaczął
studiować. Niedawno został egzekutorem w dużej firmie leasingowej.
Odbiera długi od tych, co wzięli w leasing samochody, komputery. -
Przynajmniej wiem, jak nie należy rozmawiać z ludźmi, żeby nie
wpędzać ich w większy stres niż ten, który wynika z
zadłużenia.
Stefan zastanawia się:
dlaczego oni, tak przebojowi na początku dekady, kończą ją w
więzieniu, zamiast na szczytach biznesu. - Chcieliśmy zdążyć. Za
wszelką cenę zdążyć przed rekinami. Tylko z jednego sobie nie
zdawaliśmy sprawy: byliśmy za krótcy finansowo. Ta pogoń zmyliła
naszą czujność.
Codziennie w więziennym
kółku komputerowym Adam spędza kilka godzin.
Wrócił do informatyki.
- Więzienie! Kryminał! - Danuta dba o to, by słowa
mocno zabrzmiały. - Całe życie uważałam, że to dno. Dla przestępców,
kryminalistów, marginesu. Dziś to najpiękniejsze miejsce na świecie.
Żyję więzieniem i jestem szczęśliwa, kiedy przekraczam więzienną
bramę. Bo tam zabłądziło moje dziecko.
Tadek uważa, że człowiek wszystko może
zaakceptować. - Widzę plusy z pobytu w więzieniu - mówi. - Po
pierwsze, znalazłem przyjaciela. Większości cech Adama na wolności
nie znałem. Może dlatego, że najpierw skupialiśmy się na biznesie, i
każdy gnał gdzieś w swoje sprawy. A potem był aż tak zastraszony,
całkiem inny człowiek. Tu, w Białołęce, pokochałem go jak brata.
Zawsze chciałem mieć brata.
Strażnik
więzienny ponagla. Adam wstaje, zmierza do celi. Zatrzymuje się na
chwilę. - Już nie wiem nic o sobie. Nie wiem, jaki jestem. Nie wiem
nawet, kim jestem.
Huk zatrzaskiwanej
bramy. Adam znika.
"Dług"
"Dług" obejrzało ponad 100 tys. widzów. Na
przedpremierowy pokaz na Uniwersytecie Warszawskim w Auditorium
Maximum zabrakło biletów. Po projekcji pełna sala dyskutowała dwie
godziny. "Dług" stał się filmem studentów, uczniów starszych klas
licealnych, absolwentów uczelni.
Agnieszka Z., 24-letnia romanistka z Warszawy,
mówi, że młodzież ogląda "Dług", bo to jest nakaz moralny. Nie
wypada wręcz nie znać tego filmu. Potem organizuje się
okolicznościowe party. - I godzinami dyskutuje. O tym, jak kto by
się zachował na miejscu Adama, Stefana. Wielu bez ogródek mówi, że
tak samo.
Profesor Lech Falandysz: -
Mimo wrodzonego tchórzostwa i słabego charakteru, gdybym był
doprowadzony do ostateczności, pewnie tak samo bym się
bronił.
Jerzy Morawski, współscenarzysta
"Długu", twierdzi, że film wywołał u widza efekt dopełnienia
scenariusza. Został wzbogacony o lęki, niepokoje i przeżycia
każdego, kto doświadczył przemocy na sobie, czy bliskich. - Widz
nosił w sobie własny scenariusz strachu i, oglądając "Dług",
uzmysłowił to sobie. W losach Adama i Stefana widzowie odnaleźli
siebie. Niepozorny Gerard, wyglądający jak sąsiad z windy, to
metafora nieznanego i niepojętego, uderzającego znienacka, złego
przypadku, który może czyhać na każdego.
Agnieszka Z. z Warszawy w czasie "Długu" dostała
spazmów i - jak wielu jej przyjaciół, którzy widzieli film - w nocy
oka nie zmrużyła.
Znalazła adresy Adama,
Stefana i Tadka. Każdemu posłała list, w którym - wraz z dziesiątką
przyjaciół - obiecuje pomoc. Obiecuje, że uczynią wszystko, aby
wyciągnąć ich z więzienia, bo sąd ich skrzywdził. Wysłali pismo do
prezydenta. Opisali w nim swoje stanowisko. Proszą o ułaskawienie.
Adama to ucieszyło, jednak poczuł pewną
niezręczność, kiedy natknął się w liście Agnieszki na słowa: "Proszę
nie mieć wyrzutów sumienia, nie zabiliście człowieka, zabiliście
kreaturę, bestię, robaka, który z tym co ludzkie nie miał nic
wspólnego, sprzątnęliście trochę świat"...
- Gerard był zły - mówi Adam - ale to nie uspokaja
mojego sumienia. Obaj mieli szansę na poprawę, a ja im tę szansę
odebrałem.
Luiza
długo broniła się przed pójściem na film. Wreszcie poszła. Wzięła ze
sobą swojego nowego mężczyznę, o którym mówi: "stabilny". Wie, gdzie
pracuje, i o której przyjdzie na obiad. Kupił jej telefon komórkowy
i dzwoni, że tęskni. Zanim zgasło światło, widać było, jak bluzka na
piersiach Luizy faluje. A potem siedziała nieruchomo, niemal bez
oddechu. Po filmie "stabilny" mężczyzna Luizy powiedział: - Film to
film, a życie to życie. Luiza przyjrzała się sali. Tłum był cichy.
Niektórzy ze ściśniętymi gardłami, inni wciąż wpatrzeni w ekran.
Do wyjścia szła w milczeniu. W końcu
powiedziała: - Ten film zabił we mnie uczucia. Umarły. Wyzerowały
się: ani współczucia, ani złości, ani nienawiści. Zastanowiła się. -
Już raz to przeżyłam. Aha! Na pogrzebie. Jakby to wszystko nie mnie
dotyczyło.
Weszła do domu ze swoim
mężczyzną. Córka przytuliła się i poprosiła: "Mamo, opowiesz mi
film?".
|
|
 |
 |
|